kwietnia 12, 2018

Kiedy należy odciąć pępowinę? Tego położna Ci nie powie !



Jakiś czas temu krążyło po facebooku zdjęcie z porodu, do którego umieszczony był opis, opowiadający o tym, iż w Polsce zbyt szybko odpępnia się dzieci i może być to przyczyną wielu chorób. Opis zawierał również teorię spiskową mówiącą o tym, że szpital łożyska kradnie i sprzedaje firmom farmaceutycznym... 😀

Mam nadzieję, że w to nie uwierzyliście, a jeżeli tak, to poczytajcie na blogu Matka Prawnik :)  co się dzieje z łożyskiem w szpitalu.

Co do odcinania pępowiny - na kartach historii medycyny - teoria o odpępnianiu zmieniała się. Kiedyś akuszerki nie odcinały pępowiny, aż do urodzenia przez matkę łożyska. Początek rutynowego podwiązywania i przecinania pępowiny datuje się na XVII w. n. e.



"Inną rzeczą bardzo szkodliwą dla dziecka, jest podwiązywanie i przecinanie pępowiny zbyt wcześnie, ona zawsze powinna być pozostawiona przywarta do dziecka, aby nie tylko wielokrotnie, ale do wszystkich organów krew dopłynęła zanim krążenie ustanie. W przeciwnym razie dziecko będzie znacznie słabsze niż być powinno, część jego krwi pozostanie w łożysku, a należy ona do dziecka".
lek. Erasmus Darwin
1801 rok

I po przeczytaniu takich informacji myślimy sobie: Ciekawe, kiedy mnie odpępnili? Ciekawe czy moje dziecko nie miało za szybko przeciętej pępowiny?


I tak sobie dumamy, myślimy... i nie zauważamy, że to my - matki - nie chcemy odpępniać swoich dzieci.


Zaczyna się od tego, że nie chcemy zostawić dziecka samego z tatą ,, bo sobie nie poradzi".

Idziemy do pracy, ale nie możemy przestać myśleć, że nasze dziecko spędza czas z nianią. I lubi nianię!

Jesteśmy zdenerwowane, smutne i złe, kiedy okazuje się, że dziecko woli zasypiać w ramionach innego z domowników niż w naszych....

Nie uczymy dziecka samodzielności, bo przecież my to wszystko szybciej zrobimy! Szybciej je nakarmimy, szybciej je ubierzemy, szybciej posprzątamy.

Na placu zabaw jesteśmy matkami - helikopter. Nie ustępujemy dziecka na krok.

Denerwujemy się, kiedy nasze dziecko w przedszkolu znalazło sobie kolegę/ koleżankę , który nam nie odpowiada i chcemy rozbić ten związek. Już w tak młodym wieku mamy ochotę wpływać na to, z kim zadaje się nasze dziecko i odpowiednio dobierać mu znajomych.

Wraz z pójściem do szkoły przez dziecko nasz strach i lęk rosną. Dobieramy szkołę i zajęcia poza lekcyjne tak, żeby nasze dziecko w maksymalnym stopniu rozwinęło się we wszystkich dziecinach - muzycznych, sportowych, językowych i naukowych.

Słyszymy swoje dzieci, ale ich nie słuchamy. Kiedy mówią ,, Mamo, ja nie chcę tego robić, męczę się przy tym", my mówimy ,, Ale kochanie, chcesz" ! Chcemy się stać alter - ego brzdąca i być jego sumieniem i myślą. Na każdą próbę buntu się obrażamy.

Inne dzieci jadą na pierwszy obóz., ale my nie puszczamy tam swojego dziecka. ,,Przecież jest jeszcze takie małe. Na pewno sobie nie poradzi" - bez nas - dodajemy.

Pakujemy plecak dziecka do końca podstawówki. Sprawdzamy skrupulatnie każdy zeszyt i przepytujemy ze wszystkich lekcji. Nie mamy życia prywatnego, bo życie dzieci jest naszym życiem.


Gdy latorośl ma już 12 lat puszczamy ją samą na plac zabaw. Oczywiście pod czujną ochroną kontroli rodzicielskiej, stojącej w oknie i nie ruszającej się na krok.

Odwozimy wciąż i odbieramy dziecko ze szkoły, bo samo sobie nie poradzi jadąc komunikacją miejską. Może i by sobie poradziło, ale przecież tyle złych rzeczy może się stać, że aż strach myśleć!

Nasz nastolatek zaczyna się buntować, nie chce naszej stałej kontroli, więc i my czujemy się nieswojo. Przecież zawsze miałyśmy wszystko pod kontrolą - zachowanie dziecka, znajomych, lekcję i czas wolny. Zaczynamy płakać i szantażować nastolatka, żeby znów był nam posłuszny i potulny. On z tych opiekuńczych ramion chce się uwolnić, ale Ty go doganiasz i próbujesz siłą przytrzymać.

Pierwsza miłość  dziecka. Oczywiście nam się nie podoba. Nie podoba nam się, że młodzi się spotykają, że nie wiadomo jak i gdzie spędzają czas. Zaczynamy szantażować nastolatka, grozimy mu czym możemy. Wchodzimy co pięć minut do jego pokoju, żeby mieć ,, pełną kontrolę nad jego zachowaniem".

Przychodzi do wyboru liceum. Oczywiście my - matki  to robimy. Wybieramy szkołę i profil na jaki pójdzie nasze dziecko, bo przecież ono samodzielnie nie myśli, a my jedyną osobą na świecie, która chce dobrze dla niego. Przecież jesteśmy starsze, doświadczone życiowo i na pewno wspaniale życzymy swoim dzieciom.

W szkole średniej oddalamy się od dzieci, jest nam coraz smutniej i gorzej, że nasz wyrostek bądź podlotka chodzą własnymi ścieżkami, spotykają się z ludźmi, których nie lubimy i nie chcą z nami jechać na sobotnią wycieczkę w tatry. Dlatego też przelewamy na nasze młode lęki. ,,Nie wspinaj się na tych skałkach! Zabijesz się!" powtarzamy jak mantrę, mając nadzieję, że młody dorosły posłucha nas niczym pięciolatek.

Po maturze wybieramy małolatom studia. Kierunek, specjalność, uczelnię i miasto. Nie dochodzi do nas myśl, że naszej córce, która chce być kosmetologiem nie potrzebna budowa maszyn, a naszemu synowi, który chciałby się zająć mechaniką, filologia angielska. Wiercimy dziurę w brzuchu, szantażujemy, błagamy, w końcu zapisujemy dzieci na nasze wymarzone studia i płacimy za egzamin.

Udało się! Wszystko poszło po naszej myśli!

Zajęte obowiązkami skupiania się na doli naszych dzieci, nie nauczyłyśmy ich doładowywać sobie telefonów, robić przelewów a także nie zapłaciłyśmy za prawo jazdy, no bo ,, przecież się nie nadaje na kierowcę. Rozbije się i zginie!". Dlatego wozimy nasze dorosłe pociechy na pociąg, odbieramy z autobusów, robimy za nich przelewy i płacimy za nich rachunki.

Pierwsze dni na studiach - robimy swoim dzieciom wyprawkę jak na Syberię. Pakujemy im majtki, skarpetki, biustonosze i podpaski, bo przecież  córka nigdy się samodzielnie nigdzie nie pakowała, a syn zapomniałby połowy rzeczy.

Dbamy o prowiant na stancji, żeby dzieci nie chodziły głodne. Cały weekend gotujemy, a potem wsadzasz ugotowane i obrane ziemniaczki do pojemnika, startą surówkę i  kawałek schabu. Każde danie w osobnym pojemniczku. Każdy pojemniczek na jeden, ciężki dzień studenckiego losu.

W weekend, kiedy inni studenci szaleją, wymagamy, żeby nasze ukochane, najwspanialsze dziec wróciły do domu. Kiedy po jakimś czasie nie przyjeżdżają na weekend wylewamy może łez, nie mogąc pogodzić się z tym, że młodzież ma już swoje życie.

Pierzemy ubrania, kiedy młodzi przyjadą ze studiów, no bo obsługa pralki jest arcytrudna i naszym pociechom mogłoby się pomylić wrzucanie białych rzeczy z czarnymi, a pojemnik na proszek z pojemnikiem do płukania. Więc do 30 - stki pierzemy majteczki córusi i skarpeteczki synka.

Na studiach nasza córka poznaje faceta. Myślimy - dobrze, że sobie kogoś znalazła - ale też nie jest to najlepsza partia jaka mogła by być. Nie dopuszczamy takiej myśli, że nasza córeczka może z kimś współżyć, dlatego gdy przyjadą, zawsze ścielimy im w osobnych pokojach.

Po studiach sprowadzamy córkę do siebie, będzie jej łatwiej żyć. Znajdujemy jej pracę, ale nadal ja utrzymujemy, a ona zarobione pieniądze niech oszczędza. Nadal jej gotujemy, sprzątamy i robimy kanapki. Tym razem nie do szkoły, a do pracy.

Przychodzi do organizacji wesela. My - matki i ojcowie- chcemy wszystko załatwić. Mieć wpływ na atrakcje weselne, muzykę i listę gości. Dlatego też sporo wydajemy na to kasy, żeby ciocia Gienia z lubelskiego się nie pogniewała na nas, że jej nie zaprosiliśmy.

Po ślubie mieszkamy blisko siebie. Z córeczką jesteśmy jak najlepsze przyjaciółki. Wyskakujemy razem na kawę, na ploty. Okazuje się, że ten mąż córki to niezły agent... przychodzi zmęczony z pracy - pewnie ją zdradza. Potrafimy z córką przegadać cały dzień na telefonie i okazuje się po jakimś czasie, że nasze dziecko nie ma o czym gadać ze swoim mężem, bo my jesteśmy powierniczkami sekretów córki.

W ich małżeństwie dzieje się coraz gorzej, dochodzi do separacji, a potem do rozwodu. Może tak miało być? Córka przeprowadza się do nas, bo nie potrafi sobie poradzić psychicznie. Znów jest jak dawniej. A my.... My zaczynamy jej szukać nowego faceta.



To w takim razie - kiedy najlepiej odciąć pępowinę?😂😂😂  


Spodobał Ci się wpis - udostępnij :)

Dzięki, że mogę na Ciebie liczyć :)



Źródło :

http://www.rodzicpoludzku.pl/Wiedza-o-porodzie/Odciecie-pepowiny-kiedy-i-w-jaki-sposob.html


18 komentarzy:

  1. Haha świetny pomysły. Z żartem, przymrużeniem oka, ale sama prawda! :) Wychodzi na to, ze nigdy nie ma odpowiedniego momentu :D Mi się wydaje, ze to trzeba robić stopniowo, etapami..a w dorosłym życiu rodzice nie powinni już totalnie ingerować w życie dzieci. Wiadomo- wspierać, można nakierować , ale nic poza tym :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny wpis. Ja osobiście nie mam jeszcze dzieci, ale pracowałam w przedszkolu i naprawdę wystarczająco napatrzyłam się na mamy, które właśnie nie potrafią bądź po prostu nie chcą "odciąć pępowiny". :)

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie dość szybko nastąpiło odcięcie. Syn już samodzielny, córka dorasta, druga jeszcze trochę ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy jest najlepszy moment na odcięcie pępowiny? Trudno to stwierdzić, gdyż zależy od wielu czynników. Przede wszystkim tylko tą noworodkową pępowinę odcina się jednym cięciem. Tą drugą - pępowinę dorosłości, czy samodzielności odcina się stopniowo...najpierw w jednej sferze, potem następnej, i jeszcze następnej.....aż w końcu zadajemy sobie pytanie....czy można ją przeciąć ostatecznie? A może coś tam jednak zostaje na zawsze??? Pozdrawiam :-) Świetny, dający do myślenia wpis.

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny tekst🙂 wyręczanie dziecka we wszystkich czynnościach to prosty krok do jego unieszczęśliwienia i nie przygotowania do życia, a potem 40 latkowi mamusia nosek wyciera

    OdpowiedzUsuń
  6. U nas jeszcze
    Troche potrwa zanim którekolwiek ją odetnie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo interesujący wpis. Leci obserwacja no i zapraszam do mnie: recenzjebynikaa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Super wpis :) Ja jestem na początku drogi macierzyństwa więc dużo sytuacji przede mną :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo fajnie napisany tekst! Niby nie interesują mnie tego typu teksty, a jednak czyta się miło! ;D

    OdpowiedzUsuń
  10. Hahah, dobrze napisane! Niektóre matki przesadzają w ten sposób i
    a) ich dzieci są niesamodzielne, nie umieją nic
    b) dzieci się od nich odwracają,bo mają dosyć

    OdpowiedzUsuń
  11. Pomoc i wsparcie ze strony rodziców jest bardzo ważne, ale kiedy przeradza się w niezdrową kontrolę, to ta metaforyczna pępowina "zadusza" naszego dzieciaka. Znalezienie złotego środka z pewnością nie jest łatwe, ale zawsze warto próbować - szczera rozmowa zawsze dobra ;).

    OdpowiedzUsuń
  12. We wszystkim musi być równowaga, i nie powinno się przeginać ani w jedną, ani w drugą stronę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zgadzam się z Tobą, niestety każda mama tak ma że chciałby żeby dziecko zawsze było dzieckiem takim małym ktróym bez przerwy trzeba się opiekować, zapominają czasem że przecież my sami musimy poradzić sobie w życiu

    OdpowiedzUsuń
  14. Czasami mam wrażenie że to dzieci nie chcą odciąć tej pępowiny, osobiście znam parę takich przypadków gdzie rodzeństwo ma już 30 lat i mieszka z rodzicami w małym mieszkaniu dzieląc wspólnie pokój :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masakra.... To nie jest normalne. Dzieci też nie chcą, bo jest im wygodniej. Wtedy mądry rodzic powinien ich wywalić z domu :) Ps. W Polsce jest jeden z najwyższych wskaźników mieszkania z rodzicami przez dorosłe dzieci :)

      Usuń
  15. Spodziewałam się czegoś innego po tym wpisie, jednak mimo wszystko bardzo przypadł mi do gustu ;]

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 singing mummy! , Blogger